zabraklo-lez-podsumowanie-2020-badz-soba-z-choroba-bodylogika

„Zabrakło łez”, czyli dlaczego przepłakałam 2020 i co z tego wynikło?

przez BODYLOGIKA

„Przed świtem zabrakło mi dziś łez” – głębokim głosem Maja Kleszcz śpiewa wiersz Bogdana Loebla. Nie wiedziałam, że tak rzewnie zabrzmi moja ścieżka dźwiękowa na rok 2020 (tym bardziej, że jeszcze parę miesięcy wcześniej podśpiewywałam sobie „If you like piña coladas…”). „Tak wiele do opłakania miałam”. Przepłakałam. A, gdy „skończyły mi się łzy”, przetarłam oczy i…

Antypodsumowanie i zero postanowień noworocznych

Zbierałam się kilka dni, by napisać do Ciebie. Unikam podsumowań, postanowień. Te ostatnie to dla mnie WRÓŻENIE Z FUSÓW. Rok 2020 napisał to wielkimi literami, nie ja. A z podsumowań zazwyczaj czytelnicy nie mają żadnego pożytku, poza uzewnętrznianiem się podsumowującEGO.

bodylogika-badz-soba-z-choroba-pies-w-lesie

A co, jeśli w 2021 masz ochotę odpocząć? Cofnąć się nie o parę metrów, a przekreślić kilka, dobrych lat? Zmienić zdanie i zacząć od nowa? Albo jesteś w takim momencie, że nie wiesz, co dalej? Czy to zabrzmi równie spektakularnie, co niebotyczne wzrosty sprzedaży, nowe projekty i kolejne rekordy w przebiegniętych kilometrach? Jeśli chcesz imponować ogółowi, to pewnie nie. A, jeśli nie boisz się pracy u podstaw i masz gdzieś poklask i powierzchowne znajomości, to „You’re simply the best!”, jak śpiewała Tina. Chcę Cię teraz mocno uścisnąć! Bardzo szanuję ludzi o takim podejściu do życia. Z kim się ścigać i po co? Jak dobrze mieć taki etap za sobą.

Chciałabym, żebyś po przeczytaniu tych słów, poczuła się swojo – takie przeciwieństwo czucia się nieswojo, gdy naczytasz się o planach hiper-produktywnych ludzi, którzy nie zatrzymują się ani na chwilę, bo liczy się cel, a raczej ten „haj”, którego potrzebują jak powietrza. 100% normy, the sky is the limit i czasem jakieś wzmianki o karykaturalnie pojmowanej pokorze, bo tak wypada. Chyba wypiszę się z LinkedIn…

Obiecuję nie zalewać Cię wywodami o mojej sile, byciu dzielną i tym, że jest się kowalem własnego losu. Co to, to nie. Za to oferuję radykalną szczerość i liczę, że obejdziesz się ze mną czule, bo takiej czułości potrzebuję teraz jak kania dżdżu. Postawy bez oceniania.

Daty nie czynią magii

1 stycznia to dla mnie dzień po 31 grudnia. Nie mam potrzeby wnoszenia toastu o północy. A na drugi dzień, to wciąż stara ja.

Najbardziej przełomowe momenty w moim życiu, nie były związane z datami, specjalnymi wydarzeniami ani rocznicami. Wiązały się z moim wysiłkiem. Tu nic nie zadziało się nagle i przypadkiem.

I choć kocham mojego męża, to nie powiem, że dzień naszego ślubu był najwspanialszym dniem mojego życia. Bo to była tylko uroczystość. Dopiero potem poznaliśmy się w obliczu różnych sytuacji, które wzmocniły naszą więź.

Samo noszenie obrączki też nie czyni ze mnie żony ani przybranie nowego nazwiska. Takie mam podejście do dat, symboli i niektórych tradycji. One są tylko uwieńczeniem pewnych obietnic, manifestacją poglądów, wartości. Jedni ich potrzebują (i to też jest OK), drudzy wcale.

Dlatego, w oderwaniu od dat, przerobiłam w 2020 kilka lekcji. Pod każdą zrobiłam fikuśny „szlaczek w zeszycie”.

Lekcja 1 – depresja ma moją twarz

Mam się za wrażliwą osobę, która niestety potrafi dużo udźwignąć. Lata we współuzależnieniu ani przewlekłe choroby nie doprowadziły mnie do takiego stanu, w jakim weszłam w 2020 rok.

Z trudem się budziłam i zasypiałam. Obserwowałam codzienność zza szyby. Po porannym prysznicu czułam się, jakbym przerzuciła tonę węgla w kopalni. Bolało mnie całe ciało.

Najgorzej czułam się w nocy – bóle rąk i nóg, a raczej bezsilność doprowadzały mnie do łez. Zaniki pamięci, jąkanie się, wycofywanie z życia. Patrzyłam w lustro i nie widziałam tam siebie. Tęskniłam.

Mam taką zdolność, która ratuje mnie w kryzysowych momentach – nie pogrążam się, ale od razu mobilizuję do działania. Tym razem nie miałam siły działać. Ani myśleć. Ani mówić.

Bliska mi osoba zmaga się od lat z depresją. Widziałam ją w momentach, gdy nie chciała jeść i trzęsła się ze strachu w swoim łóżku, a ja trzymałam ją za rękę i czytałam na głos książki. Widziałam ją, gdy była wysoko funkcjonująca, zabawna, błyszcząca w towarzystwie i nikt nie przypuszczał, co przeżywa. Znam więcej osób, którym towarzyszy na co dzień depresja (maskowana, reaktywna, dystymia). Naczytałam się fachowej literatury na ten temat, by lepiej je zrozumieć. A zajęło mi ponad rok przyznanie się przed sobą, że ja też zachorowałam. Że za dużo ciężkich wydarzeń skumulowało się w krótkim czasie i jest to reakcja mojego obciążonego organizmu. Układ nerwowy więcej nie był w stanie znieść. A kortyzol poszybował niebezpiecznie w górę.

Lekcja 2 – proszenie o pomoc to nie ułomność

Now-I-am-Alive-frank-moth-kolaze-bodylogika
Frank Moth. Now, I am Alive.

Już w grudniu rok temu wiedziałam, że potrzebuję pomocy. Adaptogeny, praca z oddechem, psychoterapia, regeneracja – żadne środki z mojego dotychczasowego arsenału nie przynosiły ulgi.

Tabletki antydepresyjne? Wizyta u psychiatry? O, nie. Poradzę sobie. To ostateczność. Tylko praca u podstaw się liczy, czyt. sama psychoterapia. I żałuję, że wcześniej nie sięgnęłam po dodatkową specjalistyczną pomoc. Szybciej odzyskałabym siły.

Mój mózg, układ nerwowy potrzebowały wrócić na właściwe tory. Zaburzone przez przewlekły stres procesy nie mogły dłużej czekać na pomoc. W takim stanie nie było mowy, abym miała siły na podjęcie regularnej psychoterapii czy znalezienie nowej pracy.

Nie zmieniła się moja osobowość. Nie uzależniłam się od leków. Za to odzyskałam dawną siebie. Po dojściu do siebie, przemeblowałam swoje życie raz jeszcze. W końcu pracuję zdalnie, zostałam psią mamą, zaangażowałam się w kilka bliskich mojemu sercu projektów i ruszyłam z własną stroną o przewlekłych chorobach.

Lekcja 3 – nie jestem omnipotentna

Choćbym stawała na rzęsach, a do tego robiła salto z potrójnym tulupem – nie mam mojego ciała pod kontrolą. Rok temu o tej samej porze podejrzewano u mnie nowotwór krwi. Historia się powtórzyła.

Czy to oznacza, że lepiej się nie wysilać, olać zdrowe odżywianie, ruch, regularne badania, troskę o psyche i całą resztę? Jasne, że nie. Tylko, że mnie stan nowotworowy dotyczył pomimo tego. Dlatego porządnie się wkurzyłam. No, bo jak to? Zdrowie mam w małym paluszku. Nie miałam prawa zachorować. Otóż, miałam. I nie było to niczyją winą.

Lekcja 4 – na wszystko przyjdzie właściwy czas

Kiedy na kolejnej rozmowie kwalifikacyjnej słyszałam, że mam za duże doświadczenie albo oferowano mi stawkę juniorską, to byłam bliska poddania się. Przed 30-tką tak łatwo było znaleźć pracę. Do tego miałam dość pracy w korporacyjnym środowisku, nabijania kabzy inwestorowi i ciężkiej współpracy z ludźmi, z którymi mam niewiele wspólnego mentalnie. Marzyłam o zdalnej pracy, bez napiętych do granic terminów i nierealnych oczekiwań. Jednocześnie nie mogłam pozwolić sobie na znaczne obniżenie wymagań finansowych. Czułam się jak w błędnym kole.

Patience-frank-moth-kolaze-bodylogika
Frank Moth, Patience.

Kiedy odżyłam po perturbacjach zdrowotnych, nabrałam wiatru w skrzydła. Byłam pewna, że w 2020 znajdę nową pracę. Odetchnę dzięki temu i zacznę wprowadzać kolejne zmiany. Nie przewidziałam, że rozpęta się pandemia i wszystko stanie na głowie.

Wyglądało na to, że z moich planów nici. Nie mogłam się z tym pogodzić. Poszłam jeszcze na konsultacje do ekspertki od rekrutacji. Potwierdziła, że ze mną i moim CV jest wszystko OK. Dała mi kilka sugestii, co mogę jeszcze doszlifować. Nie zdążyłam ich nanieść, gdy koleżanka podesłała mi ogłoszenie. Wcale nie na pracę zdalną i wcale nie ma stanowisku managerskim, na którym pracowałam przez ostatnich kilka lat. I wcale nie w „twardym” biznesie. Wystarczająco dużo powodów, by machnąć ręką.

Ale przypomniały mi się słowa bliskiej mi kobiety. O zaufaniu i splocie okoliczności. Żeby nie zakładać z góry, że to bez sensu, a próbować, bo nigdy nie wiesz, czy coś z tego nie wyjdzie. A może uda się przekonać tę osobę do pracy zdalnej? Albo poleci mnie ona komuś ze znajomych. Życia nie przewidzisz w szklanej kuli.

Napisałam. I dziś mija 4 miesiąc, odkąd pracuję dla projektu spójnego z moimi antropologicznymi zainteresowaniami. I mimo pracy na etacie, na którą już nie raz się obraziłam, nikt nie traktuje mnie protekcjonalnie i mam dużą swobodę działań.

Szukałam takiej pracy od czasów ukończenia studiów. Przeszłam od pracy w kulturze, po startupy, agencje reklamowe, freelance i korporacje. Dziś mam 35 lat i czuję, że jestem we właściwym miejscu.

Czy za późno? Nie. Czas, w którym się coś dzieje, zawsze jest tym czasem właściwym.

Lekcja 5 – zaufaj sobie, a nie zdrowemu rozsądkowi

Zbliżając się do 40-tki mogę już zrobić mały bilans zysków i strat. Dobrze pamiętam decyzje, w których kierowałam się wyłącznie rozumem. Chłodna analiza zysków, zagłuszenie intuicji i wewnętrznego głosu. I tak skończyłam liceum ekonomiczne, bo przeanalizowałam, że liceum humanistyczne niczego mnie nie nauczy. A jak się nie dostanę na studia dzienne, to przynajmniej zapewnię sobie byt jako ekonomistka. Może zarobię na studia zaoczne. A po takiej polonistyce, to przecież obudzę się z ręką w nocniku.

Please-Trust-Me-frank-moth-kolaze-bodylogika
Frank Moth, Please Trust Me.

Przez taki „zdrowy rozsądek” męczyłam się niemiłosiernie wśród ścisłowców. Już miałam tak dość rachunkowości, wystawiania WZ itp., że nie podeszłam do egzaminu zawodowego. Na dodatek surowy chów nauczycieli od przedmiotów ścisłych skutecznie obrzydził mi pójście dalej tą ścieżką. Z radością poszłam na filologię polską. Ukończyłam też specjalizację teatrologiczną. Wspominam te czasy z łezką w oku. Wiedziałam, że jestem na swoim miejscu.

Z rozsądku wybrałam też pracę w korporacji. Zabezpieczenie bytu, większa stabilność, jasna struktura i możliwości rozwoju – tak jawiła mi się ta ścieżka zawodowa. I choć radziłam sobie dobrze pod kątem  wyników, to wewnętrznie czułam niespójność. Tak bardzo brakowało mi sensu tego, co robię. Etyki pracy. Zespołu, który nie jest zbieraniną przypadkowych ludzi. Spirala absurdu nakręcała się z roku na rok, a brak szacunku do człowieka sprawiał, że nie chciałam mieć z tym miejscem nic wspólnego.

To tylko dwa przykłady tego, że kierowanie się wyłącznie rozumem zwiodło mnie na manowce. Potrzebowałam odrobić tę lekcję wielokrotnie, by jako dorosła kobieta ugruntować się w sobie, odnowić kontakt z intuicją, poczuć wyraźnie, czego pragnę i wkroczyć na ścieżkę serca. Z zaufaniem do siebie i świata.

I co z tego wynikło?

Większość roku 2020 czułam się, jakby ciążyła nade mną klątwa. I to bez kontekstu pandemii i sytuacji w kraju. Mimo moich starań, pojawiały się kłody pod nogi. Kolejny raz te same lekcje do przerobienia. Ileż można ocierać pot z czoła!

A, gdy „skończyły mi się łzy”, przetarłam oczy i… dopłynęłam do właściwego portu. I Tobie tego życzę z całego serca. Cokolwiek oznacza dla Ciebie zakotwiczenie się we właściwym porcie. Załóż sztormiak i weź kurs na siebie!

2021, please be good to us.

0 komentarzy
5

MOGĄ CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Dodaj komentarz

Ta strona używa "ciasteczek", aby lepiej Ci się z niej korzystało. Jak Ci z tym? Kliknij OK lub dowiedz się więcej. OK Więcej